11/10/2026
Batumi, którego kiedyś już nie będzie…
Są jeszcze takie miejsca w Batumi, w których życie toczy się spokojnym rytmem. Z dala od szklanych wieżowców, luksusowych apartamentowców i wielkomiejskiego pośpiechu.
Na podwórkach siedzą mężczyźni, rozmawiają, śmieją się, spędzają razem czas. Między domami suszy się pranie, sąsiad zna sąsiada, ktoś przystanie na ulicy, żeby zamienić kilka słów. Wieczorami toczą się rozmowy, których nikt nie musi kończyć w pośpiechu.
Może nie ma tu wielkich pieniędzy, ale jest coś, czego nie da się kupić. Bliskość, więzi, poczucie wspólnoty. Bogactwo, którego nie mierzy się stanem konta ani metrażem mieszkania.
Spacerując takimi uliczkami, chłonę ten klimat i atmosferę. Jest w nich coś niezwykle znajomego. Przypominają mi świat z mojego dzieciństwa. Świat, który w Polsce w dużej mierze już zniknął.
Wiem, że za kilka czy kilkanaście lat wiele z tych domków zostanie zastąpionych nowoczesnymi budynkami. I nie sposób mieć o to pretensji. Ci ludzie zasługują na lepsze warunki życia, wygodne mieszkania, ciepło, komfort i bezpieczeństwo. Rozwój jest naturalny, a zmiany często potrzebne.
Tylko że razem ze starymi domami może zniknąć coś jeszcze. Coś, czego nie da się odbudować za żadne pieniądze.
Spontaniczne spotkania na podwórkach. Rozmowy przez płot. Sąsiadów, którzy wiedzą o sobie więcej niż tylko to, jak mają na nazwisko. Dzieci bawiące się między domami. Poczucie, że jest się częścią małej społeczności, a nie tylko mieszkańcem jednego z wielu mieszkań w wysokim budynku.
Być może za kilkanaście lat te miejsca będą piękniejsze, czystsze i wygodniejsze. Ale czy będą miały w sobie tyle życia?
Dlatego dziś, spacerując tymi uliczkami, staram się zapamiętać jak najwięcej. Ten gwar, zapach domowego jedzenia, pranie powiewające na wietrze, ludzi siedzących przed domami i ten niezwykły spokój, którego tak często brakuje nam we współczesnym świecie.
Bo wiem, że jestem świadkiem czegoś, co powoli odchodzi.
I chyba właśnie dlatego tak bardzo to doceniam. Nie dlatego, że chciałabym, aby ci ludzie na zawsze pozostali w starych domach. Ale dlatego, że chciałabym, aby wraz z nowymi budynkami nie zniknęło to, co w tych miejscach najcenniejsze — zwykłe, ludzkie życie blisko siebie.
A Wy? Pamiętacie jeszcze takie miejsca ze swojego dzieciństwa? Takie, w których sąsiedzi byli niemal jak rodzina, a życie toczyło się trochę wolniej?