20/11/2020
Polityczno-społeczny rollercoaster w Peru! Trzech prezydentów w ciągu dziesięciu dni, masowe protesty w całym kraju, zabici i ciężko ranni w starciach z policją, media zachęcające do publicznych zgromadzeń w czasie pandemii i zdumiewające zachowanie koronawirusa, który zapadł się pod ziemię ustępując miejsca walce o demokrację 👇
Peru znów ma nowego prezydenta. To Francisco Sagasti, 76-letni inżynier, pisarz i polityk. Zastąpił Manuela Merino, który ustąpił ze stanowiska zajmowanego wcześniej przez Martina Vizcarrę. Jego z kolei odwołał Kongres Republiki Peru. Wszystko wydarzyło się w dziesięć dni. Szalone tempo nawet jak na peruwiańskie warunki.
Jazda bez trzymanki zaczęła się wraz z decyzją Kongresu, który zdecydowaną większością głosów odwołał oskarżanego o korupcję prezydenta Martina Vizcarrę. Kongresmeni skorzystali z konstytucyjnego zapisu o możliwości stwierdzenia wakatu na tym stanowisku z powodu "trwałej niezdolności moralnej" głowy państwa. Na jego miejsce, również wedle Konstytucji Peru, powołano prezydenta Kongresu Manuela Merino. Niektórzy prawnicy, kilku polityków i jeden ogólnokrajowy dziennik nazwali to zamachem stanu, a na ulice peruwiańskich miast wyszli obywatele.
Pokojowo protestujący, głównie młodzi, wysunęli kilka postulatów, które można streścić w dwóch zdaniach. Po pierwsze, Merino won! Po drugie, cała reszta też won! Był to pierwszy w nowożytnej historii Peru tak wyraźny sprzeciw przedstawicieli młodego pokolenia wobec klasy politycznej. Także wobec kongresmenów, spośród których połowa ma zatargi z prawem, ale chroni się pod parasolem immunitetu.
Początkowo protesty były stosunkowo niewielkie. W dziesięciomilionowej Limie wzięło w nich udział kilka tysięcy osób, w innych miastach po kilkaset lub kilkadziesiąt. Do czasu, gdy krajowe media zaczęły zachęcać do udziału w tak zwanych Marszach Narodu. Bezpośrednio lub pośrednio przyłączyli się do nich niektórzy artyści, czujni celebryci, internetowi gawędziarze i kolejni politycy. Wtedy protesty przybrały inny wymiar. Po licznych anonsach w sieci, prasie drukowanej i stacjach radiowo-telewizyjnych rosły w siłę falowo, wieszcząc zbliżający się sztorm. Według późniejszych sondaży na ulice wyszło 13 % społeczeństwa, czyli ponad cztery miliony Peruwiańczyków.
W środku pandemii i w trakcie stanu wyjątkowego ogłoszonego na czas walki z Covid-19. Jego wprowadzenie w połowie marca tego roku zawiesiło kilka konstytucyjnych praw obywatelskich, w tym prawo do zgromadzeń. Od ośmiu miesięcy są one zakazane, ale nagle wszyscy o tym zapomnieli. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki koronawirus przestał istnieć w przestrzeni publicznej. Jakby zapadł się pod ziemię. A jeśli się nie zapadł, to przestał być groźny. Etatowi eksperci od pandemii od razu zapewnili w mediach, że udział w protestach o demokrację nie zwiększa liczby zakażeń i zgonów.
Marsze Narodu były dwa. Oba pacyfikowała policja, ale drugi, rozpropagowany przez mass media z większą mocą, zakończył się krwawą jatką. W spowitym gazem łząwiącym historycznym centrum Limy, w którym zamiast papug i gołębi zaczęły latać kule, śmierć poniosło dwóch dwudziestolatków. Prawie sto osób zostało rannych, w tym ponad połowa trafiła do szpitali, a kilkadziesiąt zaginęło na jakiś czas bez wieści.
Następnego dnia kraj obudził się jak po gwałtownej bitwie. W mediach i sieciach społecznościowych gruchnął hasztag # MerinoUstąp, więc nowo wybrany prezydent nie miał wyjścia. W telewizyjnym przemówieniu podał się do dymisji, po czym ślad też po nim zaginął. Pewnie trafi na śmietnik historii.
Po ulicznym, przelanym krwią zrywie spełnił się zatem pierwszy postulat protestujących. Ale drugi już nie. W pośpiesznym trybie Kongres nie poszedł sobie precz, tylko wybrał spośród siebie nowego prezydenta. Francisco Rafael Sagasti Hochhausler należy do partii, która jako jedyna głosowała przeciwko odwołaniu Martina Vizcarry. Jego wybór klasa polityczna uznała za najlepsze dla kraju wyjście z obecnej sytuacji. Podobnie media. Nie cała protestująca młodzież była z tego zadowolona, więc została jeszcze trochę na ulicy i zapowiedziała kolejne protesty. Dziennikarze, politycy, celebryci i artyści nie są już jednak nimi zainteresowani.
W aurze patriotyzmu i świętego spokoju nowy prezydent powołał swój rząd i ma sprawować władzę do najbliższych wyborów powszechnych, które powinny odbyć się w kwietniu przyszłego roku. Czy dotrwa? Czas pokaże. To Peru, więc wszystko może się zdarzyć. Tym bardziej, że po nagłej zmianie władzy wróciło nie tylko lato, ale także koronawirus. Co prawda w porównaniu z zimą zakażeń i zgonów jest - nikogo nie obrażając - tyle co kot napłakał, ale Covid-19 znów stał się groźny. Tak bardzo, że media nie podają już dziennych danych, tylko ogólne, liczone od początku pandemii. A te spełniają swą rolę. Robią wrażenie.
Już po wszystkim stanowisko zajął Trybunał Konstytucyjny. Miał rozstrzygnąć, czy zapalnik wydarzeń, czyli skorzystanie przez Kongres z konstytucyjnego zapisu o "niezdolności moralnej" prezydenta i odsunięcie go tym samym od władzy jest legalne, czy nie. Najważniejszy organ sędziowski w państwie uznał większością głosów, że... nie będzie się w tej sprawie wypowiadać.
📷 Nowy prezydent Peru Francisco Sagasti. Fot. Galería del Ministerio de Defensa/Wikipedia