16/02/2016
Wiele osób pisze, że eskapada do Gruzji to dla nich zbyt duży wydatek, albo nie pozwala na nią nawał obowiązków. Dla wszystkich, którzy chcieliby a nie mogą - spotkanie z Gruzją na kartach wyjątkowej książki pisarza Arczila Kikodze. Polecamy - kawał wspaniałej literatury, prostej lecz niezwykle mądrej. Opisującej trudną, bolesną, nieraz tragiczną rzeczywistość lat 90tych. Zawsze z szacunkiem do bohaterów: zwykłych i niezwykłych ludzi, pasterzy, biznesmenów, żołnierzy i przyrodników. Z wyczuleniem na tragizm i heroiczność ich losu, niemal jak u Hemingwaya. Ale i z humorem, bo niektórych groteskowych scen nie powstydziłby się i Monty Python. Tłumaczenie nie ustępuje polotem fantazji autora - wielkie podziękowania dla Magdy Nowakowskiej, a poniżej udostępniony przez nią fragment przekładu
http://pogranicze.sejny.pl/oficyna/?152,Arczil-Kikodze-Ptaki-i-ludzie
Zarówno władczyni, jak i jej dwie damy dworu były zdobyczne. Król raczej nie wychodził z twierdzy, a jego podwładni stawali na trakcie bardziej dla postrachu przejezdnych, niż dla zbójectwa. Nie byli bandytami, ani też nie mieli takiej potrzeby. Niczego im nie brakowało i tylko z jedną rzeczą nie mogli sobie poradzić - z nudą. Pewnego dnia w czasie jednego z patroli zatrzymali niebieskiego Moskwicza, prowadzonego przez Barda Borsuka, którego niektórzy znali z widzenia, a niektórzy ze słyszenia. Borsuk rzucił granie i śpiewanie po tym, jak na weselach zaczęli coraz częściej strzelać i wymachiwać bronią i zaczął obwozić trzy k***y po całej Dolinie Sziraki, od szałasu do szałasu. Opłatę pobierał w owcach i baranach, a ludzie nie mogli się nadziwić, jak w tym małym samochodzie mieści się czworo ludzi i taka ilość zwierząt. Niektóre trzymali w bagażniku, niektóre w środku auta, a niektóre przywiązywali żywe do dachu Moskwicza. Z miasteczka wyruszali z pustym bagażnikiem, a niebieski, obdrapany samochód za każdym razem powracał jeszcze bardziej rozklekotany, szorując podwoziem, kołysząc się i trąbiąc. Borsuk był niestrudzony. Po tym, jak pijani goście wystrzelili mu kilka razy przed samym nosem, a na jednym weselu w jego obecności rykoszet zabił przypadkowego czlowieka, postanowił zmienić swoje życie. Jego zdezelowany Moskwicz objeżdzał wszystkie dziurawe drogi w okolicy. Będziemy przejeżdżać przez te miejsca... Są tam takie wąwozy, że przy złej pogodzie dobrze się zastanawiam, zanim przejadę tamtędy moim Land Roverem. Jeździli nawet na Równinę Samuche, obok granicy z Azerbejdżanem. Dziś stoją tam żołnierze pogranicza, którzy żądają specjalnego pozwolenia na przejazd. Pewnie wtedy też stali, ale jeszcze nie było ani takiego rygoru ani nie mieli krótkofalówek, przez które mogli wszczać alarm. Wszystko odbywało się prościej. Poprzekomarzali się chwilę i przepuszczali. Pewnie sami mieli ubaw z widoku Borsuka i jego niezwykłej załogi. Moskwicz nie zatrzymywał się nigdy przy szałasach azerskich pasterzy. Tamci swoje kobiety zabierają zawsze ze sobą - i na górskie pastwiska, i w doliny. Jak wracają do szałasu czeka na nich obiad, żona i wiecznie wystraszone, wychowane pomiędzy baranami i psami pasterskimi dzieci, które nawet nie słyszały o szkole. Odwiedzali tylko Gruzinów – Kachetyńców i Tuszów. Borsuk zajeżdżał przed szałas przy wtórze klaksonu, pokrzykując przez otwarte okno na ujadające owczarki. Pasterze wychodzili na zewnątrz, wycierając tłuste ręce w szmaty, a kiedy już odpędzili psy, Borsuk wyskakiwał z Moskwicza i wołał dumnie: Hej-ho, będzie hulanka! Zsiadłe mleko, maślanka!..
Kolejka była od najstarszego do najmłodszego. Ci, którzy czekali, palili z Borsukiem przed szałasem. Przywoził im czasem papierosy bez filtra. Wypytywali go, co się dzieje w kraju i w okolicy. Czasem zabierał dla nich jakąś gazetę, przeważnie starą, która dla nich i tak była nowa. Sam też pytał ich o nowości, chociaż kompletnie nie znał się na pasterstwie. Czy nie atakują ich drapieżniki? – pytał i szczerzył w uśmiechu garnitur złotych zębów. Było zasadą, że zniknięcie owiec, którymi płacono za usługi dziewczyn, zapisywano na konto wilków. Tego roku Borsuk i jego drużyna rozpoczęli działalność na jesieni, kiedy spędzono stada z gór, a w okolicy lutego już nawet ogólnokrajowe gazety zaczęły pisać o niespotykanej jak dotąd aktywności dzikich drapieżników. Związek Łowiecki wystąpił o przywrócenie premii za ustrzelenie wilka. Jakiś profesor zoologii najpierw napisał artykuł, a potem wystąpił w telewizji głosząc tezę, że drapieżca siejący postrach na równinach Sziraki i Eldari, to nic innego, jak przepłoszony w wyniku wojny czeczeńskiej wilk czerwony - co prawda mniejszy od naszego wilka szarego, ale wyróżniający się niewiarygodnym okrucieństwem i perfidią zwierz. Niektórzy twierdzili, że Czeczenia nie ma z tym nic wspólnego, czerwonego wilka wypuścili Amerykanie, przeprowadzają na nas eksperymenty, mówiono. Słowo „eksperyment” brzmiało wiarygodnie a zarazem groźnie. A z Telawi, Tbilisi, nawet z Kutaisi oraz z innych wsi i miasteczek wyruszały uzbrojone grupy myśliwych, prosząc władze jedynie o paliwo, transport i amunicję.
- Hej-ho, będzie hulanka! Zsiadłe mleko, maślanka! Popchnijcie mnie, dziewczyny! – wołał Borsuk, kiedy Moskwicz grzązł gdzieś po drodze w błocie lub osypisku. Dziewczyny wychodziły i pchaly, z całej siły, ze złością. Nie żal im było przesiąkniętych zapachem baranów ubrań, na które bryzgało błoto, a kiedy nie udawało im się ruszyć Moskwicza z miejsca, szły razem z Borsukiem wiele kilometrów po traktor do najbliższej wsi lub farmy, żeby tylko nie zostać same w samochodzie. Raczej nie brakowało im tupetu, ale te wyludnione stepy i pagórki napawały ich strachem, zwłaszcza po zmroku, kiedy wydawało im się, że w każdej otwartej paszczy wąwozu, za każdym wziesieniem czai się krwiożercza bestia - czerwony wilk... Tak toczyło się życie, aż pewnego dnia zatrzymali ich na drodze pod Chornabudżi ludzie Króla i oświadczyli - władca wzywa was przed swoje oblicze.