Dynastia Buskich Restauratorów
Mija kilkadziesiąt lat od chwili, gdy w zachodnim skrzydle buskiego sanatorium "Marco-ni" otworzyła swe podwoje ekskluzywna restauracja. Stanisław
Państwo Stefania i Stanisław Ura przybyli do Buska w 1925 roku wraz z synami Józefem i Antonim. Z pokaźnym zapewne kapitałem, skoro pierwszy krok w gastronomicznym biznesie postawili od razu na najwyższym stopniu. W owych
latach restauracja "Marconi" była lokalem w niczym nie ustępującym najprzedniejszym placówkom w kraju. Zarówno w zakresie proponowa-nych przez kuchnię potraw, różnorodności serwowanych trunków, jak i dobrze rozumianej roz-rywki. W latach dwudziestych i trzydziestych ściągała do Buska-Zdroju śmietanka towarzyska z metropolii , " grube" ziemiaństwo, oraz różnego autoramentu finansjera. Było wśród kuracyj-nych gości sporo ludzi borykających się z różnymi niedomaganiami zdrowotnymi, ale w sezonie letnim procent ludzi chorych malała na korzyść osób żądnych rozrywki, przygód i wrażeń. Żony właścicieli wielkich bankowych kont przyjeżdżały z reguły samotne bądź w towarzystwie wła-snych pokojówek. Ich mężowie w wielkich miastach mogli poświęcić więcej czasu interesom i odetchnąć nieco od małżeńskiej szarzyzny. Rosły im zatem pospołu-stany bankowych kont i ... przyprawiane w Busku rogi. W letnie, bowiem wieczory, na podryw, tańce i swawole przyjeżdżali bryczkami do Buska okoliczni posiadacze ziemscy, niejednokrotnie dotkliwie dotknięci chorobą alkoholową. Do dziś żyje pod Buskiem pewien stangret , który późnymi wieczorami regularnie przywoził swojego Jaśnie Pana w towarzystwie kuracjuszki/ek/do majątku później kilkakrotnie w ciągu nocy "obracał" do Buska po alkohol. Rankiem zaś odwoził panią kuracjuszkę do wód. I do-brze się stało-mawia sędziwy stangret-że wojna wybuchła , bo cały majątek poszedłby wniwecz. Wracając do lokalu, to wymagania klienteli były z reguły bardzo wyszukane i pan Stanisław mu-siał swoją ofertą sprostać im z nawiązką. Tym bardziej, że konkurencja na rynku usług gastro-nomiczno-rozrywkowych była ogromna. W Busku-Zdroju przednie lokale prowadzili, bowiem zamożni Żydzi, którym nie bardzo w smak było dzielić się groszem z "jakimś Polaczkiem z Galicji". Koszernych stołów było wiele /lokale : Cukermana, Sylmana, Baranisza, Bernsztajna i in./, ale schabowy z kapustą i ziemniakami u Stanisława Ura był jedyny. W dodatku kuchnia przygotowywała także dania ściśle według zaleceń "medyków"- inne dla konsumentów o podwyższonym ciśnieniu tętniczym, inne dla cierpiących na dolegliwości gastryczne, jeszcze inne dla reumatyków czy alergików. Posiłki główne zawsze serwowane były przy nastrojowym akompaniamencie muzycznym. W porze wieczornej zaś, po kolacji, orkiestra kameralna już w pełnym składzie instrumentalnym przygrywała gościom do tańca. W tym zakresie również nie mogło być mowy o jakichkolwiek "brakach" repertuarowych, gdyż goście obyci niejednokrotnie na paryskich czy weneckich parkietach, rytm i słuch mieli raczej wysublimowany. W parkowej fontannie tuż obok lokalu pstrągi, szczupaki, liny czy sandacze oczekiwały na obstalunek, a odławianie ich kasarkiem było wyłącznie domeną szefa kuchni. Ryby tylko na kilka chwil trafiały w ręce kuchcików, którzy w oka mgnieniu je patroszyli, sprawiali tuszki i na powrót oddawali szefowi, aby ten na patelni wyczarował z nich to, czego oczekiwał gość. Gość, bowiem był świętością największą dla pana pryncypała. We wrześniu 1939 roku Niemcy usunęli pana Stanisława z "Marconiego". Mógł prowa-dzić biznes, ale poza zdrojowiskiem i...prowadził. Były to: restauracja "Staropolanka" /z dansin-giem/ u zbiegu rynku i ul. Chmielnickiej" oraz usytuowana także przy rynku kawiarnia "Mała Czarna" . W początkach wojny pod zarzutem działalności na szkodę III Rzeszy Stefania Ura zosta-ła aresztowana i wywieziona do obozu koncentracyjnego w Dachau . Panu Stanisławowi udało się utrzymać "Staropolankę" do przełomu lat 1944-45. Domiar nałożony wówczas przez okupa-cyjne instytucje fiskalne był tak wysoki, że przekraczał możliwości finansowe buskiego restaura-tora i oba lokale trzeba było zamknąć. Zanim jednak na drzwiach "Staropolanki" i "Małej Czar-nej" zawisły kłódki, w lokalach tych najpierw w charakterze kelnerki, a potem bufetowej, za-trudniona została urocza Stasia Salamonówna, przybyła do Buska z podsoleckiego Zborowa. Jej urodzie nie oparł się syn Stanisława - Antoś, wykształcony na cukiernika, a na czas wojny "upchnięty" przez ojca do służby w miejscowej straży pożarnej. Koniec wojny miał dla założyciela dynastii buskich restauratorów dwa oblicza . Z jednej strony radość ze szczęśliwego powrotu ukochanej żony z Dachau, z drugiej zaś zaciekłe ataki miejscowych ubeków. Nagminnie pan Sta-nisław wyprowadzany był z domu, co kilka dni "na dłuższe rozmowy" . Chłop ongiś na schwał , po każdym spotkaniu z "panami w skórzanych płaszczach" chudł, bladł i z dnia na dzień gasł w oczach. Prezenty dla "łaknących informacji gości" pochłonęły wszystkie domowe oszczędności. Ile z tych kosztowności trafiło do prywatnych uzbeckich kieszeni -nie wiadomo. Pod koniec 1945 roku pan Stanisław zamknął powieki na zawsze. Antoni
Młody cukiernik podjął dzieło ojca w zupełnie odmiennych warunkach rynkowych. Stali-nowski ucisk nie zezwalał na wielkie pole"prywatnego"manewru, ale maleńką pracownię cu-kierniczą w piwnicach oficyny domu Kałamagów przy ul. Chmielnickiej udało się uruchomić. Wy-pieki cukiernicze oraz duże ilości lodów sprzedawał Antoni w cukierence mieszczącej się w domu Juszkiewiczów vis-a-vis" porodówki"/obecnie Galeria BWA "Zielona". Ogromne ilości lodu w bry-łach potrzebne do produkcji lodów, przechowywane były u rzeźnika Tadeusza Wojnowskiego przy ul. Po śmierci Stalina i ten przejaw kapitalizmu zamknięto. Pan Antoni, aby utrzymać rodzinę /troje dzieci/ podjął pracę sprzedawcy w kiosku MHD/Miejski Handel Detaliczny/. "Kiosk Antka stał w rynku naprzeciw apteki. W tym czasie cegła po cegle rósł mały domek przy ul. Waryńskiego, a obok domku-kiosk. Po nastaniu Gomułki ,MHD zezwolił na uruchomienie sprzedaży artykułów spożywczych w prywatnym kiosku Antoniego. Oprócz pensji doszło, zatem kilka groszy za wynajem lokalu, czyli budki mniejszej od powszechnie znanych kiosków "z gaze-tami/kiosk stoi do dziś przyp.red./. Po dziesięciu latach kupczenia w "budce" udało się Antonie-mu uzyskać zgodę na otwarcie małego zakładu gastronomicznego. Od tej chwili tradycją busz-czan stało się wpadanie "na kufelek do Antka" nie mówiąc już o wspaniałych -schabowych i do-mowym mielonym. Personel kuchni , baru i obsługa kelnerka spoczęły w rękach żony i dzieci. Widok posapującego , brzuchatego Antoniego, pchającego przed sobą wyładowany wiktuałami dwukołowy wózek wtopił się w pejzaż miasta "i takim pamięta Busko tego sympatycznego brzu-chacza . A pracowity nad wyraz był to człowiek-mieszczanie spali jeszcze w najlepsze, gdy ze swym wózkiem sapiąc donośnie przemykał się ulicami. Gdy ludzie budzili się ze snu, Antoni już przyrządzał kotlety i czyścił pipę do piwa. Całodzienna harówa, ciągłe problemy z domiarami, podatkami, kontrolami, inspekcjami "bezpieki", zrobiły swoje."Szef" - jak określają go córka i synowie -zmarł na zawał serca w 1980 roku. Po nim kurek od pipy przejął syn, a wnuk Stanisła-wa:
Tadeusz
Od 1980 roku zakład gastronomiczny przy ul. Waryńskiego nosi nazwę restauracji "Pod-Świerkiem". Nazwa pochodzi od drzewa rosnącego obok "Antkowego kiosku", a firma rozrasta się imponująco podobnie jak i ten świerk. Stary dom po gruntownej rozbudowie zmienił się w okazały gmach, w którym oprócz restauracji od 1991 roku funkcjonuje cieszący się dobrą reno-mą hotel o tej samej nazwie. Wszędzie wdarła się europejskość, jedynie w restauracyjnej karcie dań nie ma obcojęzycznie brzmiących potraw. Tu schabowy pozostał schabowym, a domowy mielony - mielonym. Violetta i Małgorzata
Pan Tadeusz przekazał właśnie cały majątek córkom, których zadaniem będzie wprowa-dzenie firmy w XXI wiek. Konkurencję obecnie córki mają większą niźli pradziadziuś Stanisław, bowiem w ostatnich latach powstało w Busku dziesiątki barów, kawiarń, pubów i restauracji. Ogólnie rzecz biorąc nie jest źle w" mieście wód", jeśli chodzi o małą, średnią czy dużą gastro-nomię. Kudy jej jednak do" wielkiej "-reprezentowanej przez właściciela dynastii Stanisława, który tuż po narodzinach II Rzeczypospolitej przybył tu z rodziną i wypchanym portfelem z Boch-ni. Jak się przyjęło, interes nie lubi mieć próżni, fach przekazuje się z pokolenia na pokolenie .