12/08/2026
Gospodyni Józefa obiecała mu, że zajmie się chatą i Jego gośćmi. Przyszli kolejni GSBowicze.
- Tu jest chata. Łazienka i kuchnia w budynku obok czyli w Agroturystyka "Za Lasem". Tam znajdziecie miskę i suszarkę, bo wiem, że będziecie prać. W chacie są gniazda USB, ale szybciej podładujecie telefony w kuchni. Poproszę 40 zł od osoby - i już mnie nie ma. Wiem, że jesteście zmęczeni i marzycie o prysznicu.
- Proszę panią, skąd wziął się pomysł na chatę Józefa? I kim właściwie On jest?
- Jesteście pewni, że chcecie posłuchać? Teraz? Proponuję: prysznic, posiłek i dopiero wtedy lekturę opowieści...
Prawda, że długa?
ZMIERZCH
Jak zwykle wieczorem wyszłam na podwórko Agroturystyka "Za Lasem". To był wyjątkowo parny koniec tamtego czerwcowego dnia. Trzy agroturystyczne pokoje mieszczące się na parterze były zajęte. Choć w regulaminie jest zapis o trwającej tutaj nocnej ciszy od godziny dwudziestej drugiej do szóstej rano, to w praktyce, tak jak tamtego wieczoru, stwierdziłam, że nawet bez niego – wędrowcy Głównego Szlaku Beskidzkiego po całodziennej wędrówce śpią wieczorem jak niemowlaki. Rano, choć wstają często wcześniej niż o szóstej, starają się cichutko zapakować swój skromny dobytek do plecaków, zjeść śniadanie lub posmarować bułkę pasztetem na drogę i zwykle gdy schodzę z piętra – oni już pokonują kolejne kilometry: jedni na wschód w stronę Wołosatego, drudzy na zachód do Ustronia. Zostawiają zawsze po sobie należyty porządek i króciutki wpis w pamiątkowej kronice „hej ku górom”, „do zobaczenia na szlaku”, „wrócimy”.
Są dwa czynniki zakłócające ciszę nocną u nas: wieczorem cykanie świerszczy, rano – śpiew ptaków. Z tym, że maj i czerwiec to istne apogeum, kulminacja. I one tych koncertów wcale nie zaczynają o szóstej… Jeszcze okno nie zabieleje nad ranem…
Upewniwszy się, mimo duchoty i zapowiadanych opadów, że dom i podwórko, tudzież goście, ukołysani przygrywaną przez świerszcze kołysanką oddają się objęciom Morfeusza wróciłam na piętro do swojego mieszkania. Pora iść spać.
Zadzwonił leżący na kuchennym stole mój telefon. Tak się nie robi! Bo i ja już zasypiałam na stojąco.
- Dobry wieczór. Szukamy noclegu.
- Na kiedy? Bo chyba nie…
- Tak, na dzisiaj. Schodzimy właśnie z Cergowej, za półtorej godziny będziemy, jest nas czterech.
- To niemożliwe, bo akurat wszystkie pokoje mamy zajęte – przyznaję, że mój senny nastrój szybko minął – musicie dojść do Iwonicza Zdroju, od nas to już zupełnie blisko, niecałe dwa kilometry. Tam są hotele, pensjonaty, dużo prywatnych kwater. Coś na pewno znajdziecie.
Słowa, słowa… Wypowiadałam je, ale wcale nie wierzyłam, że o godzinie dwudziestej trzeciej ktoś w uzdrowisku przyjmie czterech ubłoconych śmiałków, co właśnie zdobyli Cergową. Duszny wieczór sugerował, że to co zapowiadała pogodynka – nadejdzie. Oczyma wyobraźni widziałam gęsty las rozświetlany raz po raz błyskawicami i rozrywany potężnymi grzmotami. Wśród tych grzmotów, szalejącego wichru i potężnych strumieni deszczu – kwartet chojraków GSB z hasłem „ahoj przygodo”.
- Ale my musimy u was przenocować – głos w słuchawce był jakiś zbity z tropu, zawiedziony.
- Więc przyjdźcie. Nie mam pojęcia gdzie was ulokuję, ale przyjdźcie.
Prawdopodobnie te słowa dały im wielką nadzieję, bo gdzieś w oddali słychać już było pomruki zbliżającej się burzy. „I co ja teraz z nimi zrobię? Gdyby to była jedna osoba, mogłaby spać na materacu w kuchni. Gdyby noc miała być pogodna, dałoby się przekimać na tarasie. A tak?”
O 22.30 dotarli do naszego domu. Nawet nie zapraszałam do środka, żeby nie zakłócać ciszy nocnej pozostałym gościom i domownikom. Nie wiem co sobie wyobrażali, skąd niby gospodyni wyczarowała miejsce na nocleg, ale miny mieli takie jak małe dzieci, gdy się czegoś boją, a utulą się w bezpiecznych i ciepłych ramionach mamy. Jakbym miała dotknięciem czarodziejskiej różdżki zabrać od nich ryzyko nocowania w lesie, niepewność, nawet gwarantowaną przez prognozę pogody – burzę.
- Oj panowie, czemu nie zaklepaliście wcześniej noclegu? U nas nie ma wolnego pokoju, ale w uzdrowisku na pewno by się coś znalazło.
- Ale pani ma coś dla nas? – ich wiara góry by przeniosła!
- Widzicie tam dalej na naszym podwórku, bliżej drogi – szopę? Idźcie do niej, to jest raczej taki składzik narzędzi i materiałów budowlanych oraz innych „przydasiów”, pomiędzy tymi gratami jest trochę miejsca, aby rozłożyć karimaty. Jest tam też stara kanapa, jednak wszyscy się na niej nie zmieścicie. Może dwóch? – spojrzałam na dryblasów – albo raczej jeden… Zrobiłam wam w dzbanku pyszną herbatę z miętą, miodem i cytryną. Weźcie do szopy. Zrobić wam kanapki?
- Rączki całujemy droga gospodyni za herbatę i uratowanie życia. Mamy jedzenie w plecakach.
Spojrzałam na zegarek: pół godziny do północy, a z granatowego nieba zaczęły spadać wielkie i ciężkie krople deszczu.
Gdy obudziła mnie ptasia orkiestra nazajutrz, w agroturystyce jeszcze w najlepsze trwała cisza nocna. Zdawało mi się, że wieczorne wydarzenia to był tylko sen. Wymknęłam się jednak po cichu na podwórko.
Ściana lasu parowała wilgocią, pomiędzy gałęziami przeciskały się promienie słoneczne . Odbijały się, załamywały i rozpraszały w kroplach wody, czyniąc świetlne widowisko brzasku o lekko różowej barwie. Ptaszęta nieśmiało swym kwileniem budziły las, mieszkańców, lokatorów agroturystyki „Za lasem”… i wtedy mi się przypomniało: w szopie mamy lokatorów! Kwartet GSB!
Z lekkim niepokojem skierowałam swój wzrok w tamtą stronę. Jednak to nie był sen, bo na trawie przed szopą siedziało czterech facetów z kubkami kawy w dłoniach! Cztery „uratowane życia”. A jakże, turystyczna kuchenka już hajcowała i gotowała wodę na poranną czarnulę.
- Panowie, już się wyspaliście? Jak było? – zapytałam, spodziewając się krytyki i niezadowolenia.
- To był nasz najlepszy nocleg na GSB, z całym przekonaniem. Takiego klimatu jeszcze nie doświadczyliśmy. Ta szopa już jest kultowa!
A ja wtedy pomyślałam o Józefie…
W majowy, pogodny dzień, wiele lat temu, przez kuchenne okno zobaczyłam starszego mężczyznę z walizką, kierującego się od Iwonicza Zdroju w stronę centrum Lubatowej. Zdziwił mnie ten widok, bo o ile mieszkając od jakiegoś czasu tuż przy Głównym Szlaku Beskidzkim jestem przyzwyczajona do widoku piechurów z plecakami, o tyle siwy pan w białej koszuli i garniturze, z dużą walizką na kółkach – wzbudził moje zainteresowanie. Odprowadziłam go wzrokiem, aż zniknął za zakrętem i wróciłam do swoich obowiązków. Za dwie godziny zadzwonił dzwonek. Gdy otworzyłam, poznałam Go. Marynarka w ręce, zakasane rękawy koszuli, ogorzała twarz, bystre, wesołe spojrzenie zza okularów.
- Czy ma pani wolny pokój, chciałbym się zatrzymać na kilka dni.
- Widziałam pana wcześniej, że szedł w kierunku Lubatowej? Nie mam dzisiaj wolnego pokoju, aktualnie dysponujemy tylko dwoma i są zajęte.
A pan chyba nietutejszy? Bo nie znam…
- I tak i nie – odpowiedział – pochodzę z Lubatowej. Dawno mnie tu nie było, zapragnąłem odwiedzić rodzinne strony i rodziców na cmentarzu. Liczyłem, że zatrzymam się u dalszej rodziny, wie pani, tyle lat minęło, nawet trudno ją znaleźć…
W takiej sytuacji chyba muszę wracać do Krakowa.
Zaproponowałam odpocząć na cienistym tarasie, przyniosłam wodę i włączyłam swoje myślenie. Turbo – myślenie, z naciskiem na turbo! Pan Józef wyglądający na 75 lat przyjechał z Krakowa autobusem do Iwonicza Zdroju. Stamtąd na piechotę z dużą walizką szedł do Lubatowej w poszukiwaniu swojej rodziny, a to jest odległość przynajmniej pięciu kilometrów. Gdy okazało się, że po wielu latach jego nieobecności tutaj, dalsi już krewni nawet nie kojarzą kim jest, tym samym nie przyjmą u siebie – zdecydował się wracać, a po drodze zapytać o możliwość noclegu w agroturystyce „Za lasem”.
Znów ta sama sytuacja: nie mam wolnego pokoju, ale…
- Panie Józefie, tak jak wspomniałam, pokoje mamy zajęte. Jakoś nie mogę pana odesłać w drogę powrotną. Zróbmy tak: zostanie pan w naszym salonie, albo jeszcze inaczej: przeniosę tam swoich synów na kilka dni, a pan zajmie ich pokój?
- Byłoby cudownie! Jednak co chłopcy powiedzą gdy wrócą do domu?
Byli wtedy jeszcze w wieku szkolnym. Jednak wpajanie dzieciom pewnych wartości, popierane czynem, wyjaśnianie, że czasami pomocy potrzebuje ktoś w zaskakujących okolicznościach i wtedy nie ma czasu na zastanawianie się, że Boże Narodzenie to nie tylko szopka, choinka i makowce, a otwarcie drzwi i serca potrzebującemu - dało rezultaty i synowie poparli moją decyzję.
- Mamo, a ten pan Józef to długo u nas zostanie? Na zawsze? Czy będziemy mogli wrócić do swojego pokoju? – Arkadiusz i Krzysztof pytali jednak z nadzieją, że ich mieszkanie w salonie jest przejściowe.
Gość opowiedział mi swoją historię. Urodził się w Lubatowej, miał tylko osiem miesięcy gdy zmarł jego ojciec, gdy skończył pięć lat, na zawsze odeszła mama. Był najmłodszym z rodzeństwa, przez pewien czas przebywał pod opieką sióstr, ale po pewnym czasie trafił do domu dziecka, najpierw do Gorlic, następnie do Krakowa. Tam uczęszczał do szkoły, a po uzyskaniu pełnoletności pracował, założył rodzinę i osiedlił się na stałe. Sentyment do rodzinnych stron pozostał, mimo bolesnych wspomnień z lat dzieciństwa. Podczas pobytu u nas zwiedzał okolice, docierał do miejsc gdzie niegdyś jego rodzina uprawiała rolę, choć w chwili obecnej są to nieużytki, a nawet lasy. Spotykał się ze starszymi mieszkańcami wsi, rozmawiał, dopytywał i wyraźnie dało się odczuć, że ten powrót do korzeni daje mu wiele radości.
Po niezapowiedzianym pobycie w agroturystyce, w pokoju moich synów, za rok pan Józef wrócił. I za następny rok, i za kolejny… Zwykle uprzedzał o przyjeździe, tym bardziej, że go o to prosiłam. Choć nie zawsze…
- Pani Marto! Co słychać w Lubatowej? – usłyszałam w słuchawce
- W porządku, wszystko w normie. Zdrowie nawet dopisuje, zaczyna się sezon turystyczny. A co u pana?
- Dziękuję. Stęskniłem się za waszymi stronami, za widokami, za zielonymi łąkami. Przyjmiecie mnie znów u siebie?
- Tak, oczywiście. Zna pan już termin kiedy przyjedzie? To sprawdzę czy mam wolny pokój.
- Ja już jadę, a właściwie to idę do was z przystanku. Będę za 10 minut.
Kurtyna! :) Na szczęście miałam wówczas wolny pokój.
Co roku, zwykle w maju, pojawiał się u nas na kilka dni. Obserwował rosnący na Głównym Szlaku Beskidzkim ruch, przesiadywał z gośćmi, rozmawiał z turystami. Czasami, szczególnie gdy nastąpiła kumulacja w dany dzień i brakowało łóżek, żeby zapewnić zmęczonym turystom nocleg – pan Józef mi podpowiadał:
- Mieszkacie przy samym szlaku, piechurzy lubią do was przychodzić i ta informacja idzie w świat. Może warto zwiększyć liczbę pokoi, wykorzystać strych, może coś dobudować?
- Panie Józefie! Wszystko się zgadza i bardzo nas cieszy dobra opinia. Też bym chciała zapewnić nocleg wszystkim, którzy go w dany dzień potrzebują, nawet tym którzy o przybyciu nie uprzedzają… no, no – pokiwałam palcem w jego stronę, dotyczyło to też „kwartetu GSB”. Jednak pan wie, że ogranicza mnie stan zdrowia i bywają dni, kiedy to ja potrzebuję pomocy.
Niby rozumiał, ale nazajutrz rano mierzył krokiem trawnik przed domem…
- Pomyślałem, że piechurom wystarczą skromne warunki, czasem tylko miejsce pod namiot – powiedział przy kuchennym stole przy popołudniowej kawie – pani Marto, pani patrzy – Józef szkicował dłońmi na stole plan pola namiotowego.
- Ale ja mówiłam, że nie dam rady…
- Proszę spojrzeć: tu zmieszczą się namioty, tu trzeba postawić stół i ławki…
Gdy zobaczyłam, że przestrzenny plan zagospodarowania pola namiotowego „Za lasem” zbliża się ku krawędzi stołu – czekałam na dalszy rozwój wydarzeń. Wtedy zabrakło blatu, a pan Józef w powietrznej przestrzeni poza stołem kreślił sanitariaty…
Nie utrzymałam wtedy powagi i zakrztusiłam się kawą!
Kiedyś, gdy po ciężkiej chorobie byłam przez pewien czas niesamodzielna, usłyszałam, że istnieją Jakubowe Szlaki czyli Camino. Prowadzą do grobu św. Jakuba Apostoła w Santiago de Compostela w Hiszpanii, nad oceanem, na tzw. końcu świata. Również w Polsce są wytyczone szlaki św. Jakuba. Dość niedorzeczne to było, ale właśnie w tamtym czasie zapragnęłam iść na „koniec świata”. Jako, że formę miałam dużo poniżej przeciętnej, zdecydowaliśmy się z mężem na szlak Jakubowy w Polsce, ale z tyłu głowy Santiago mi zostało, które zresztą później zrealizowałam. I właśnie pokonując Via Regia w okolicy Piekar Śląskich trafiliśmy do Sączowa, do sanktuarium Jakubowego i na nocleg w Domu Jakuba. Jest nim skromny budynek murowany z kamienia, nieopodal plebanii. Surowe, zimne, kamienne wnętrze, prosta ława i stół z nieheblowanego drewna, żelazna prycz, brak ogrzewania, elektryczności i bieżącej wody. Ale to właśnie miejsce okazało się naszym schronieniem na jesienną noc, która nastąpiła po mokrym, mglistym dniu w drodze. Rarytas! Gdy silne podmuchy wiatru nie pozwalały usnąć, a ogromne krople deszczu tłukły o szybę, ja już miałam wizję takiego miejsca, takiej pustelni przy szlaku GSB. Tylko szopa, miejsce na karimaty, brak prądu, wody i wi-fi. I ten klimat!
Droga powrotna z Sączowa do domu minęła szybko, bo mieszała się z ekscytacją nad urodzonym właśnie pomysłem!
W uprzątniętej szopie gospodarz wykonał drewnianą podłogę, następnie piętrowe łóżka, oryginalne krzesła i stół. Na ścianach i półkach znalazły się ozdobne detale z kamienia i drewna oraz pamiątki od naszych gości. Na regale woda butelkowana, słodycze, środki opatrunkowe i przeciwbólowe – to co w drodze nie raz się przydaje. Obok Józefowa, samoobsługowa kasa. Nie drukuje ona paragonów, ale samemu można wydać resztę.
Trzy sytuacje: nocleg kwartetu GSB w szopie, osoba pana Józefa i nasz nocleg w Domu Jakuba w Sączowie zainicjowały powstanie Chaty. Jest skromnym, ekonomicznym i klimatycznym miejscem na GSB. Musicie przyznać, że z bogatą historią…
Służy jako miejsce nocowania, ale też odpoczynku dla GSBowiczów w ciągu dnia, jest otwarta. Najczęściej po zmroku pali się światło na ganku. Obok rośnie stara lipa, ona była świadkiem każdego, Waszego wędrowania. O zachodzie długi jej cień pod drzewem i pod chatą się kładzie, a wśród konarów niewielkie światełko oświetla figurę Frasobliwego autorstwa miejscowego rzeźbiarza Tadeusza Turka.
Czy już wiecie skąd wzięła się Chata Józefa? On przyjechał przeciąć symboliczną wstęgę. I przyszedł zmierzch, jesień Jego życia. Prawie dziewięć przeżytych dekad, pogarszający się stan zdrowia, nie pozwalają na przyjazd do Lubatowej. Rozmawiałam z Nim niedawno, bardzo ożywił się głos w słuchawce gdy opowiadałam o Chacie i jej lokatorach.
- Pani Marto, bardzo chciałbym tam przyjechać jeszcze jeden raz.
I tego się trzymajmy! Panie Józefie czekamy na odwiedziny!
Opowiadanie dedykuję: Machoney.pl - Przewodnictwo górskie oraz wszystkim Górołazom i GSBowiczom. Zapewne znajdzie się też w mojej książce "Którędy na K2?", wszak po to powstała, żeby nie zgubić w wirtualnej przestrzeni pięknej historii.
Marta Zima