11/08/2026
Są w Polsce miejsca, do których w sierpniu jedzie się po to, żeby zobaczyć przyrodę. A potem ogląda się głównie innych ludzi oglądających przyrodę.
I są Mazury Garbate i Suwalszczyzna.
Dzisiaj zrobiłam sobie objazd: Stańczyki – Wiżajny – Puńsk – Sejny – Giby i trochę wszystkiego, co znalazło się pomiędzy.
Bez specjalnego planu. Skręcałam tam, gdzie droga wyglądała obiecująco, a za zakrętem zazwyczaj czekał kolejny powód, żeby się zatrzymać.
I właściwie przez cały dzień zastanawiałam się nad jednym:
Gdzie są ludzie?!
Jest sierpień. Wakacje. Pogoda piękna. Polska teoretycznie odpoczywa.
Tylko najwyraźniej nie tutaj.
Tutaj są wzgórza morenowe, przez które droga raz wspina się pod niebo, a chwilę później spada w dół. Są małe polodowcowe jeziora wciśnięte między pagórki, lasy i łąki. Są większe jeziora z wodą o kolorach od granatu przez turkus po taką zieleń, przy której aparat zaczyna być podejrzewany o oszustwo.
Są Stańczyki ze swoimi gigantycznymi mostami kolejowymi – absurdalnie monumentalnymi jak na miejsce, w którym poza nimi, lasem i kilkoma ludźmi właściwie nic nie przeszkadza człowiekowi w spokojnym gapieniu się na świat.
Są Wiżajny, gdzie krajobraz wygląda chwilami tak, jakby lodowiec przed odejściem postanowił jeszcze trochę poszaleć i zostawił po sobie wszystko naraz: garby, doliny, jeziora, głazy i widoki.
Jest Puńsk, gdzie polsko-litewskie pogranicze nie jest hasłem z przewodnika, tylko czymś zupełnie naturalnym.
Są Sejny, Giby, małe wsie, stare domy, przydrożne krzyże i drogi, przy których człowiek co chwilę myśli: „O, tutaj też trzeba się zatrzymać”.
Po czym się zatrzymuje.
Po raz siedemnasty.
I najlepsze jest to, że nadal można tutaj być, zamiast uczestniczyć w zbiorowym przedsięwzięciu pod nazwą „wakacje w Polsce”.
Nie trzeba szukać miejsca parkingowego przez czterdzieści minut. Nie trzeba oglądać jeziora przez szczelinę między parawanem a dmuchanym flamingiem. Nikt nie depcze człowiekowi po piętach.
Jest przestrzeń. Cisza. Wiatr. Woda. Niebo.
I krajobraz, który zrobił na mnie dziś ogromne wrażenie.
Dlatego, jeśli macie jeszcze kilka wolnych dni i nie wiecie, dokąd pojechać – jedźcie na północny wschód.
Nie tylko do najbardziej znanych punktów. Jedźcie bocznymi drogami. Zatrzymujcie się nad przypadkowym jeziorem. Wjedźcie na wzgórze tylko dlatego, że ciekawi Was, co jest za nim.
Zjedzcie coś w Puńsku! I napijcie się kwasu chlebowego.
Posiedźcie chwilę bez żadnego powodu nad wodą.
Nie musicie niczego zaliczać.
Tutaj sama droga jest atrakcją.
A kiedy będziecie patrzeć z kolejnego morenowego wzgórza na jeziora, lasy i następne zielone garby ciągnące się po horyzont, prawdopodobnie też zadacie sobie pytanie:
Dlaczego właściwie wszyscy nie przyjeżdżają tutaj?
A potem szybko przestaniecie się nad tym zastanawiać.
Bo może jednak dobrze, że nie przyjeżdżają wszyscy. 😉