10/12/2021
Dziś post dla samej siebie piszę. Za każdym razem, gdy wpadnę na szalony pomysł, by wyskoczyć z Młodą na „szybkie zakupy” do dużego sklepu, ma walić po oczach i przypominać, czemu to nie jest, i jeszcze pewnie długo nie będzie, dobrym pomysłem😊
A co mnie skusiło na samotną wyprawę z dziećmi w ilości sztuk dwie (Młoda i Hub) do IKEI?
Wizja spokojnej nocy, podczas której nikt mnie po plecach nie skopie.
Bo kupiliśmy wreszcie Młodej łóżeczko. Złożyliśmy je pełni euforii i wizji rozprostowanych nóg i kręgosłupów i nagle zonk. Tak jakoś nie do końca obczaiłam wymiary i okazało się, że materacyk, który mamy na stanie, jakoś nie bardzo pasuje 😊 A wiecie, jak ciężko nagle się w jednej chwili pożegnać z marzeniami…
Stary, który wybierał się właśnie na imprezę firmową, dość sceptycznie obserwował, jak pakuję dzieciarnię do samochodu w sobotni wieczór, kiedy normalni ludzie odpalają właśnie Netflixa, i tylko spytał, czy mi się ten materac aby na pewno do samochodu zmieści, bo on tam ma trochę narzędzi w bagażniku. „No rejczel, samochód mamy przecież trochę większy niż tico, a materacyki są zwijane w rulonik”, rzuciłam pewna siebie.
I ruszyliśmy. Powiem Wam, że początek był całkiem niezły. Młoda obskoczyła wszystkie zabawki na dziale pokoików dziecięcych. Wrąbała frytki z brokułami w knajpce. A ja zen. Luz, relaksik, zero nerwów. I już zaczynałam wierzyć, że to był jednak całkiem niezły pomysł na spędzenie sobotniego wieczoru. Została nam ostatnia prosta. Zjechać na dół. Odnaleźć materacyk w namierzonej wcześniej alejce. Zapłacić. Spakować. I adios muchasos. Mission accomplished.
No ale wtedy się zaczęło... Najedzone dziecię dostało nagle nowych pokładów energii. Za Boga nie dało się usadzić w wózku i nie pozostawało nam nic innego, jak ganiać za nią miedzy alejkami.
A wtedy natrafiliśmy na Kwiata. Żeby nie było, na kwiatach się nie znam. Tak zupełnie. Ale od dawna chciałam taki duży ładny do salonu. A ten był właśnie duży i ładny. I wszyscy go brali. Znaczy się jakaś okazja, uznałam. Chwilę się z Hubem zastanawialiśmy, czy nam w ogóle wejdzie do samochodu, ale kolejne sztuki Kwiata znikały w zastraszającym tempie, więc poszliśmy za tłumem, wrzuciliśmy jedną donicę na nasz mały chybotliwy koszyk (tylko taki wzięliśmy) i ruszyliśmy dalej. Ja pchałam Kwiata, a Hub gonił za Młodą. Wtedy weszła już w etap uciekania i rzucania się na podłogę przy próbach przekonania, by szła choć kawałek za rękę.
Ale spoko. Jeszcze przecież tylko materacyk i spadamy…
Chcielibyście zobaczyć moją minę, gdy po namierzeniu alejki, okazało się, że akurat te materacyki wcale nie są pakowane w rulonik…🙈🙈🙈
Już widziałam te satysfakcję na twarzy Starego i dobitne „A nie mówiłem?”. I wiedziałam już, że tak łatwo się nie poddam.
Szukam więc pana pomocnika i grzecznie proszę, żeby mi zorganizował jakiś kawałek taśmy i pomógł zwinąć materacyk w rulonik. Pan mi na to, że on tu jest od innych rzeczy („Nie widzi Pani, że jestem na żółto?”) i mam szukać obsługi ubranej na niebiesko. Entuzjazm pana smerfa bardzo podobny („No przecież za kasami są stanowiska do pakowania, ze sznurkami i folią!”). No to człapiemy z Hubem spoceni do kasy. Ja pcham chybotliwy wózek i podtrzymuję jak mogę Kwiata, po ziemi za sobą ciągnę materacyk. Hub ciągnie za sobą Młodą. Chwilami naprawdę dosłownie. Kiedy w końcu przechodzimy przez kasy i docieramy do stanowiska pakowania, okazuje się, że mają tam tylko papier!!! Ani kawałka sznurka, taśmy, czegokolwiek!
Mocno już poirytowana zostawiam Huba z całym majdanem i z wyrywającą się Młodą na rękach wracam do kas. A tam? A tam odsyłają mnie do Biura Obsługi Klienta, na drugi koniec IKEI!
Nie chcielibyście widzieć spoconej, nabuzowanej matki, która przedziera się z chybotliwym Kwiatem, materacem i Młodą przez cały market do miejsca, gdzie mają czekać nasi wybawcy. Poziom desperacji level hard. I gdy odkrywa, że w kolejce do pomocy wszelakiej czeka kilkadziesiąt osób!!!
Wtedy już wiem, że nie pozostaje mi nic innego, jak spróbować wcisnąć materac do samochodu w stanie, w jakim jest.
Na szczęście wydarza się cud. Materacyk daje się jakoś upchnąć w bagażniku. Kwiat zajmuje na styk miejsce pasażera. A Hub tylko nieśmiało pyta, czy ja coś w ogóle widzę przez te liście w lusterku.
„Tak synku, COŚ widzę”.
„Nie ma to, mama, jak życie na krawędzi”, podsumowuje mój rezolutny 10-latek, rozbawiając mnie po raz pierwszy tego dnia do łez😂😂😂
„Ech synku, zdecydowanie wolę robić zakupy z Tobą niż z cholerykiem Tatą”, myślę. Nie, jednak mówię, bo Hub kwituje:
Też bym wolał 💪
Bo prawda jest taka, moi drodzy, że gdyby to Stary z nami pojechał, pewnie nagłówki śląskich gazet krzyczałyby nazajutrz o rodzinnej awanturze w IKEI.
”Wk***iony mąż zostawił żonę z małym dzieckiem na parkingu IKEI. Dziewczyny schroniły się pod materacem, a przed wiatrem osłaniał je wielki Kwiat.”