10/05/2026
Czasem budzę się przed świtem, a dokładniej rzecz ujmując, budzi mnie nasza Elfcia. Jest ona niestrudzona w tym czego pragnie. W budzeniu wykorzystuje cały repertuar kocich metod, zrzucania rzeczy, skakania, dotykania łapką, lizania po nosie, wokalizację. Gdy długo nie reaguję to czasem się uspokaja, wtula we mnie i zaczyna cichutko mruczeć. Leżymy w ciemności, dotykam jej ciepłego ciała, a z szarości powoli wyłaniają się pierwsze kontury mojego świata, znów słyszę tchnienie wiekowego domu. I gdzieś na krawędzi dnia dotyka mnie myśl, że jestem tu gdzie chcę być, że doświadczam kolejnego cudu przebudzenia, że mogę albo się złościć, albo docenić to co wokół, więc wybieram to drugie, bo chcę czuć radość życia, bo lubię być szczęśliwa. Czasem pada deszcz, monotonnie dzwoni o szyby i czuję jak zaczyna napełniać mnie zapach mokrej ziemi, tak pachnie życie, wciąż przepełnia nas życie.
Po chwili słyszę krzątaninę Piotra, robi kawę. Dom wypełnia się jej zapachem i na miękką poduszkę wypływa mój uśmiech, bo wiem, że kawa będzie za słaba i wiem, że po czternastu latach bycia razem znów będziemy się przekomarzać czy lepsza jego „lura” czy moja „siekiera”.
Pierwsze promienie światła zakradają się do twarzy, przedświt rozświetla futro Elfci, słyszę też cichy oddech śpiącej Feli, jej życie gaśnie z dnia na dzień, więc wsłuchuję się łapczywie by nasycić pamięć jej obecnością, nim zgaśnie. Czuję spokój, czuję bezpieczeństwo, wciąż i nadal nad naszymi głowami słychać ptaki, widać sunące obłoki, nie cielska samolotów pełnych zła i warkotu… wraz z chmurami przepływają przeze mnie myśli o domu, o ciepłej wodzie, którą wypije gdy wstanę, o miękkim futrze pod palcami. Czuję wdzięczność za te wszystkie skrawki życia, strzępki zdarzeń, ścinki czasu, które zszyły mój beskidzki patchwork. Mieszkam w starej chacie zbudowanej ze wspomnień wielu pokoleń ludzi, w niebywale pięknym miejscu. Co rano słyszę koguta, krowę, szum drzew i ptasi koncert. Wieś dała mi wiele głębokich doświadczeń, zupełnie nowe życie, nie zawsze łatwe, ale prawdziwe i piękne. Otrzymałam dar siania, dar zbiorów, dotyk łanów zbóż na wietrze, od lat zanurzam się w wieś… po kawie pójdę na wypas do naszych owiec, kocham to, to taka moja medytacja. Przeglądam się tam w mądrym i czułym spojrzeniu moich psów, które bezgranicznie mnie uwielbiają. A ja uwielbiam gdy idziemy razem, noga w łapę, nieśpiesznie, brodząc w falach kwietnych łąk, ja i miliony ich receptorów miłości. Albo gdy leżymy na rozgrzanej trawie, wtuleni, zasłuchani w toczące się wokół życie, w bzyczenie, w brzęczenie, w szmery i jak kropla rosy zawieszona na źdźble dotykam ulotnej prawdy i czuję się częścią tego świata, jestem z nim połączona. A niebieskie oczy niezapominajek obiecują mi wieczną pamięć.
Czasem myślę o ludziach, o tych mi znanych i nieznanych, o kochanych i tych jeszcze do pokochania. Myśl jak wielu znam życzliwych, bezinteresownych, zwyczajnie dobrych ludzi, rozlewa ciepło wokół serca. Przyjeżdżają tu trochę dla nas, troche dla siebie, dla rozmów, dla milczenia, dla bycia razem i osobno, właśnie wtedy w szczelinach budzącego się dnia widzę ich oczy, ich uśmiechy, ich piękno. I myślę, że to wielkie szczęście tak żyć.
Wszyscy mamy szczęście słysząc ptaki, budząc się w ciepłym domu, wtulając w ukochaną istotę, jedząc spokojne śniadanie, śmiejąc się przy kawie… i dziękuję za zrozumienie, które niesie sens.