31/08/2026
O poranku przy kawie☕️napisałem sporego posta, ale coś się wykrzaczyło i nie wszedł. No to jeszcze raz, chyba już ostatni, wracam do wyprawy Rumuńskiej - TRANSALPINA. Zanim jednak do niej dojdę, muszę wrócić do trzeciego dnia naszej motocyklowej eskapady.
Całą wyprawę do Rumunii wymyślił Krzychu. Tyle tylko, że ostatecznie zarówno on, jak i Włodziu zamiast pojechać z nami na Rumunię, polecieli z żonami do Włoch – jeden do Wenecji, drugi do Rzymu. 😊
My z Jacą pierwotnie planowaliśmy Rumunię na początek września, ale tak się wszystko poskładało, że w drugiej połowie sierpnia ruszyliśmy we dwóch.
Pierwsze dwa dni minęły bez większych problemów, chociaż poranne deszcze dawały nam się momentami ostro we znaki. Trzeciego dnia mieliśmy wjechać na Transalpinę i Transforgardzką.
I wtedy dla mnie zaczęły się schody…
Najpierw nawigacja zaczęła wariować, aż w końcu całkowicie się poddała. Ja zostałem bez niej, a Jaca, który był już na Transalpinie po raz drugi, pognał pierwszy.
W pewnym momencie zrobiło się tak, że… zgubiłem Jace 😁Pojawił się skręt w lewo – droga prowadząca na przełęcz. Ja jednak pojechałem prosto. Po drodze spotkałem kilku Bułgarów i pytam:
- To droga 67? Transalpina ma symb9l 67 C
– Yes, yes, 67!
No to jadę. Droga rzeczywiście początkowo wspinała się pod górę, więc wszystko wyglądało wiarygodnie. Po jakimś czasie jednak zaczęła zjeżdżać w dół, a przy drodze pojawiły się znaki kierujące na Petrosani.
Wtedy dotarło do mnie, że zamiast na przełęcz… zjeżdżan do miasteczka Petrosani. 🤦♂️
Po godzinie, gdy już był sygnał, Jaca dzwoni z przełęczy i pyta
- Gdzie jesteś ? -
– W Petrosani ?
- No to kuźwa pięknie😕 ! -
Do Jacy miałem ponad cztery godziny. O Transfogararskiej tego dnia nie było już mowy, Transalpina też zrobiona tylko do połowy.
Jak niepyszny ruszyłem w stronę Braszowa, gdzie mieliśmy kolejny nocleg.
Do Braszowa dotarłem około 17:00. Wkurzony byłem tak bardzo, że nawet nie miałem ochoty wychodzić do miasta, choć pierwotnie właśnie taki był plan. A szkoda, bo Braszów to podobno przepiękne, stare miasto, częściowo położone na wzgórzach, z pięknymi widokami na Karpaty.
Miejscówkę mieliśmy zresztą świetną – wysoko nad miastem, które leżało całe u naszych stóp.
Usiadłem, otworzyłem bezalkoholowe piwo i zacząłem analizować ten dzień. Jaca zameldował się po 21:00. On – zmęczony, ja – wkurzony. Poszliśmy spać.
Ale długo nie mogłem zasnąć
Po czwartej rano byłem już na nogach. Nie mogłem sobie darować tej Transalpiny i Transfogaraskiej. Przecież właśnie te dwie trasy były dla mnie głównym celem całej wyprawy.
A teraz wyglądało na to, że nie zrobię ani jednej, ani drugiej.
Popatrzyłem na pogodę, zapowiadał się piękny, słoneczny dzień.. Policzyłem kilometry. Przeanalizowałem wszystko jeszcze raz.
I mówię do siebie:
No NIE, Wracam !!!
Budzę Jace:
– Ty, Jacek… ja się wracam -
– Gdzie się wracasz ? -
– Na Transfogaraską i Transalpinę. Zrobię je z drugiej strony – z północy na południe.
– Jak to, sam?
– Ty też w końcu jechałeś sam. Myślę, że powinienem sobie jakoś poradzić.
– No dobra. Rób, jak uważasz.
I pojechałem.
Przed siódmą byłem już w drodze z Braszowa do Cârțișoary. Około 85 kilometrów pokonałem w niecałe półtorej godziny.
Przed dziewiątą rozpocząłem wspinaczkę do jeziora Bale'a
Ruchu jeszcze prawie nie było. Minąłem kilka samochodów, motocykliści zazwyczaj mijali mnie, bo ja specjalnie się nie spieszyłem. Chciałem po prostu nacieszyć się drogą.
I udało się.
Wjechałem na samą górę, przebiłem się przez tunel, a zaraz za nim znalazłem niewielki, trochę dziki parking i nieduży camping gdzie starsza pani, chyba z wnuczkami, serwowała kawę.
Kawa smakowała jak nigdy. ☕️
Widoki były przecudne.
Chwilę posiedziałem, popatrzyłem, zrobiłem kilka zdjęć i ruszyłem w dół.
A po drodze – niedźwiedzie. 🐻
Przy trasie rzeczywiście było ich mnóstwo. Zatrzymałem się więc na spóźnione śniadanie, oczywiście już w bezpiecznej odległości od tych sympatycznych, ale jednak zdecydowanie zbyt dużych misiów.
O 13:00 byłem już w Băscovie i stamtąd ruszyłem w kierunku Novaci.
I tu zaczęły się problemy.
Droga wąska, miejscami w remoncie, momentami niesamowicie ciasna, a ruch – sakramencki. Na pokonanie tego odcinka potrzebowałem prawie trzech godzin.
Do Novaci dotarłem około 16:00.
I wtedy rozpocząłem drugą tego dnia wspinaczkę, tym razem na przełęcz Urdele - 2145 m.n.p.m.
Tym razem ruchu praktycznie nie było. Jechało się więc bardzo sprawnie.
Przed 18:00 byłem już na przełęczy.
Wiatr dawał tam niesamowicie popalić, ale widoki…
Przecudne.
Kilka zdjęć, trochę spaceru. Na górze jest taka pięknie wypłaszczona przestrzeń, z górami dookoła. Można stać i patrzeć bez końca.
Ale czas było zjeżdżać, robiło się późno.
Plan zakładał nocleg w okolicach Sebeșu, jednak około 40 kilometrów przed miastem trafiłem na sztuczny zbiornik wodny. Wody było bardzo mało – poziom lustra obniżony chyba o kilka metrów – ale miejsce samo w sobie było niezwykle urokliwe.
Przy drodze stał hotelik z restauracją. Niedrogo, spokojnie, bardzo sympatycznie i dlatego tam postanowiłem zakończyć ten dzień. Zmęczenie dawoło już znać o sobie, a i pomału zaczynało się zmierzchać
Następnego ranka trzeba było ruszać skoro świt. Do Polski miałem jeszcze około 850 kilometrów i jeśli chciałem zrobić to w jeden dzień, trzeba było solidnie odpocząć
Następnego dnia Jaca również wystartował rano.
Spotkaliśmy się już za granicą węgierską, by po kilkuset km. jeszcze raz się rozdzielić na Słowacji – Jaca pogonił w stronę Krakowa, a ja obrałem kierunek na Bardejov i przejście graniczne w Koniecznej.
I tak zakończyła się moja rumuńska wyprawa.
I wiecie co?
Chyba właśnie tak miało być.
Bo ta wyprawa nauczyła mnie naprawdę bardzo dużo.
Jak to mówią – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Nie dość, że ostatecznie zrobiłem zarówno Transfogaraską, jak i Transalpinę, to jeszcze trafiłem na idealną pogodę. Widoki były rewelacyjne, a obie trasy udało się zrobić z całkiem konkretnymi przelotami, w jeden dzień.
A co najważniejsze – zrobiłem to wszystko samodzielnie.
I chyba właśnie tego nauczyłem się podczas tej wyprawy najbardziej.
Samodzielności.
Lewa w górę! ✌️🏍️
Sezon motocyklowy jeszcze się przecież nie kończy, choć sezon wakacyjny właśnie tak.
Dzisiaj ostatni dzień wakacji, więc pozdrawiam wszystkich szkolniaczków! 😁📚
A ja?
Może jeszcze w tym roku jakieś Czechy… może Sudety, Bieszczady… kto wie....? 😉
Jedno jest pewne – to i tak jest najdłuższy mój sezon motocyklowy w życiu.
15 tysięcy kilometrów – całkiem sporo.
A przecież…
jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. 😎🏍️
Trzymajcie się cieplutko!
Miłego popołudnia, nad Wichrowym przechodzi właśnie burza 👋