11/12/2025
Poszłam i ja na film „Dom Dobry” Wojtka Smarzowskiego.
Wcześniej próbowałam namówić na seans kilka moich warszawskich koleżanek. I kilka razy usłyszałam, że nie pójdą, ponieważ „już tam były”. W swoim życiu. I że mnie również odradzają, bo wiedzą, że pewne doświadczenia nie są mi obce. Po co mi to?
Poszłam mimo to.
I nic mnie nie zaskoczyło ani nie przeraziło tak, jak opisują to osoby wychodzące z kina, mówiące o bólu całego ciała.
Pewnie dlatego, że od wielu lat pracuję z kobietami. Jako nauczycielka jogi słucham ich historii i jestem blisko ich ciał. Wcześniej prowadziłam w radiu i w TV programy poświęcone życiu kobiet i pisałam książki o prawach kobiet. Tych opowieści usłyszałam tysiące. Tysiące strasznych opowieści o domowych piekłach. Kontroli, pogardzie, umniejszaniu, izolowaniu, wyrzucaniu z domu i wreszcie biciu i gwałtach.
„Dom dobry” to jest bardzo dobry film. Znakomicie zagrany, świetnie zmontowany, przemyślany w swojej formie.
Ale dla osób, które pracują z kobietami, dla kobiet, które przestały się wstydzić i zaczęły mówić otwarcie o przemocy psychicznej, fizycznej, ekonomicznej lub wszystkich naraz - dla nas to nie jest żadna nowość. To jest rzeczywistość, o której mówiłyśmy głośno i od bardzo dawna.
Skala społecznego wstrząsu po „ Domu dobrym” odsłania, jak głęboko wypieramy problem przemocy domowej. Jak bardzo nie chcemy dostrzec tego, co przecież wszyscy doskonale wiemy.
To, że tak wiele osób deklaruje szok, świadczy przede wszystkim o sile zbiorowego wyparcia.