09/09/2026
Kiedyś tropiki wydawały się jedyną słuszną obietnicą szczęścia. Palma, wieczne słońce, brak zimowych kurtek. Dziś myśl o miejscu, w którym termometr nie spada poniżej trzydziestki, nie budzi już zachwytu.
Wysokie temperatury wyciągają ze mnie całą energię, po kilku takich dniach czuję po prostu nasycenie. Ciało zastyga, umysł zwalnia do obrotów, na których trudno o jakąkolwiek kreację.
Z wiekiem zmieniła mi się optyka. Zamiast za jednostajnym upałem, zaczęłam doceniać bogactwo gatunków roślin, cyrkulację, ruch i zmienność.
Polska pogoda w swojej nieprzewidywalności ma niesamowitą dynamikę.
A teraz, we wrześniu, zaczyna się spektakl, którego nie da się podrobić w żadnym ciepłym kraju.
Światło przestaje być oślepiająco białe. Staje się gęste, miodowe, wręcz złote. Filtruje liście i robi z każdego popołudnia kameralną scenografię.
Wrzosy rzucają fioletowe plamy na skraje lasów, a gałęzie uginają się od ziemskiej dojrzałości: jabłek, śliwek, dzikiej róży, głógu, tarniny, kaliny i czeremchy.
W powietrzu zapach ciepłej ziemi miesza się z chłodniejszym, porannym wiatrem i ostrym aromatem ziół.
Różnorodność naszych pór roku zaczęła mnie karmić, zamiast męczyć. Okazało się, że nie potrzebuję wiecznego lata. Potrzebuję chłodu, który orzeźwia, światła, które się zmienia i rytmu natury, który przypomina, że wszystko ma swój czas – rozwój, dojrzewanie i odpoczynek.