13/08/2025
Pierwszy raz od bardzo dawna jesteśmy na wczasach prawie bez psów.
A to „prawie” to szczeniak z naszego ostatniego miotu, który został z nami trochę dłużej, bo... postanowił wyprowadzić się za granicę. Tak, pies. Emigrant.
I wystarczyło to małe „ale”, by pojawiły się pytania:
„A ile taki piesek kosztuje?” 🤦♂️
No i tu zaczyna się klasyczny dysonans poznawczy.
Bo co to właściwie znaczy? Mam rzucić ceną jak za blender i zakończyć temat?
A może dorzucić pełną listę kosztów: karmy, weterynarza, szczepień, zabawek, legowisk, zniszczonych butów, zjedzonych pilotów i emocjonalnych inwestycji, które nie mają ceny?
Jeśli ktoś od początku liczy każdą wydaną złotówkę, to może... pies nie jest dla niego.
Bo pies to nie gadżet. To nie „produkt”. To żywa istota, która kosztuje — czas, emocje, zaangażowanie. Ale też daje. I to dużo.
Jak przeliczyć to, że poziom stresu spada, bo ktoś m***a ogonem na Twój widok?
Jak wycenić to, że nagle znasz wszystkich sąsiadów, bo każdy pies musi się przywitać, obwąchać, a Ty przy okazji poznajesz lokalnych „pisarzy” — tych sympatycznych i tych, co powinni mieć zakaz zbliżania się do parku?
Oczywiście, nie wszyscy są mili. Ale gdyby byli, to byłoby tak słodko, że aż niestrawnie. Trochę pieprzu w tej zupie społecznej musi być.
Mając psa, jesteś zmuszony wyjść z domu. Tak, zmuszony. I to jest piękne.
Odrywasz się od telefonu, monitora, telewizora. Patrzysz na drzewa, nie na powiadomienia. Oddychasz. Ruszasz się. Żyjesz.
Mógłbym tak długo wymieniać plusy, ale może warto zadać pytanie odwrotne:
Czy pytanie „ile kosztuje szczeniak?” w ogóle ma sens?
Bo jeśli to jedyne, co Cię interesuje, to może lepiej kup sobie roślinę. Albo pluszaka.