07/09/2019
Lizbonę najlepiej zacząć odkrywać już od śniadania. Hotelowa restauracja ma w menu wygodę, która jest wprawdzie przyjemna w smaku, ale nieco mdła. Poznając Lizbonę stawiałabym na przygodę. Zaufajcie ślepemu losowi, który najlepiej zna ulice miasta, bo szwenda się nimi od niepamiętnych czasów. A więc rano, jeszcze nieuczesani, z jednym okiem sklejonym snem, weźcie azymut na pierwszą pastelerię, która wyłoni się zza rogu. Nie dajcie się zwieść zabiegom projektantów wnętrz i specom od marketingu - omińcie zgrabnym łuczkiem nęcące portugalską autentycznością sieciówki. Idźcie tam, gdzie niereklamujące nic kafle bielą się od podłogi do sufitu, krzywe stoliki podtrzymują na duchu żeglarzy świtu, przeszklona gablota baru k**i milionem żółciuktich od jajek ciach, a w porannym słońcu wesoło skrzy się portugalszczyzna. Pozwólcie kelnerowi zaserwować sobie najczarniejszą z czarnych kaw i oddajcie się tej maleńkiej chwili - po prostu weźcie ją sobie na zawsze (albo ona niech sobie was weźmie, to w sumie to samo).